Gdy się nie ma co się lubi… o zielonej szkole inaczej.

Potrzebowaliśmy tego wyjazdu. Bardzo.
Trzy miesiące izolacji. Zdalna nauka. Cały wachlarz emocji.
I bach, sprawy zawodowe skierowały nas na Mazury.
Wykorzystując pretekst spakowaliśmy się we czwórkę do naszej poczciwej pełnoletniej skodziny i ruszyliśmy.
Był plan i tajemnica. Otóż nasze dzieci nie wiedziały gdzie jadą.
Epidemia spowodowała, że odwołano zielone szkoły, te które nasze dziewczyny uwielbiają ponad wszystko. Dlatego, wybraliśmy się na rodzinną zieloną szkołę do jednego z ośrodków Chrisa. Gdy podjeżdżaliśmy pod bramę, Kasia zawołała:
– o reklama Chrisa! Nie! To nie reklama! Jesteśmy w Tardzie!
Od tego momentu uśmiech nie schodził jej z buzi. Oprowadziła nas po znanych sobie zakamarkach. Niesamowicie było oglądać swoje dziecko w miejscu, z którym miała tyle swoich prywatnych wspomnień. Wspomnień bez nas. Wspomnień niesamowicie ważnych i budujących.

W ośrodku na blisko 360 osób byliśmy my, szkoląca się kadra łucznicza  i rodzina odwiedzająca jednego z instruktorów. W sumie może 20 osób. Znak czasów zarazy.

Ośrodek w Tardzie jest niezwykły. Przepięknie położony nad jeziorem Bartężek, które otoczone jest gęstym lasem. Wszystko przygotowane tak, żeby dzieci czuły się bezpiecznie. Jasne i logiczne zasady, bez sztucznych norm i ograniczeń. W zgodzie z naturą i w duchu ekologicznym.

Spędziliśmy tam dwa dni, które po brzegi wypełnione były uśmiechem, satysfakcją i dumą z własnych osiągnięć i pokonywania trudności.

_MG_1646

Sobotni poranek zaczęliśmy od wycieczki rowerowej po otaczającym ośrodek lesie. Szukając wilczych  tropów trafiliśmy na tropy jeleni i saren. Zjedliśmy lody w Wińcu, wsi ukrytej pomiędzy leśnymi drogami i jeziorami.  Wysłuchaliśmy opowieści miejscowego gospodarza o tym, jak z kawałek po kawałku sprzedawał swoją ojcowiznę, przyczyniając się tym samym do zmiany krajobrazu z rolnego na rekreacyjno-wypoczynkowy. Mazurski teren okazał się mniej plaski niż nasze mazowieckie drogi. Dlatego 9 km dało niezły wycisk dziecięcym nogom, mimo świetnych rowerów, które pożyczyliśmy w campie. Dlatego w niedzielę zmodyfikowaliśmy ambitny plan 20 km  i zrobiliśmy krótką wycieczkę, podczas której Kasia wypatrzyła w lesie kunę. Gabi walcząc ze skutkami alergii dzielnie pokonywała trudności wewnętrzne i zewnętrzne.

IMG_1265IMG_1254
_MG_1496

W Campie Chrisa nie ma miejsca na nudę. Tak mówiła Kasia po powrocie z zielonej szkoły. Dlatego, dostosowując się do harmonogramu dnia, podzielonego na bloki, zaraz po powrocie z rowerów popędziliśmy na Majsterkę. Pan Janek i jego warsztat to magiczne miejsce, gdzie odbywają się prawdziwe czary. Pełen cierpliwości i wiary w dziecięce możliwości pozwolił dziewczynom stworzyć drewniane żaglówki i aparaty fotograficzne. Takie podejście dorosłych do dzieci dodaje im skrzydeł. Dziewczyny wróciły tam następnego dnia, aby wyczarować z drewna huśtawkę dla królika. Piłowały, wierciły, szlifowały, kleiły, wkręcały. Całe w wiórach. Całe szczęśliwe. Przepełnione satysfakcją.

IMG_1298_MG_1621IMG_1292_MG_1596IMG_1340IMG_1356_MG_1564_MG_1582IMG_1367

Po obiedzie przyszedł czas na pierwsze w tym sezonie kajaki i odwiedziny na bezludnej wyspie. Kierownik ośrodka, pan Łukasz, poprowadził nasz mini spływ, opowiadając o torfowych jeziorach, o gniazdującej w okolicy parze bielików  (jednego mieliśmy szczęście zobaczyć) oraz o rakach, które zamieszkują jezioro.
Jak się okazało bardzo brakowało nam bliskości wody. Trochę wysiłku połączonego z moczeniem rąk w jeziorze doładowało nas dobrą energią i poskutkowało snuciem wakacyjnych planów.

_MG_1381_MG_1382_MG_1383_MG_1385

W myśl zasady, że nie przyjechaliśmy tu się nudzić, po kajakach przyszedł czas na łuki. Postawa łucznicza jest chyba jedną z najładniejszych w znanych mi dyscyplinach sportowych. Harmonia, proste linie, napięcie mięśni, opanowanie i skupienie tworzą niezwykle spójną całość. Łucznictwo daje możliwość kontroli. Każdy ruch ma znaczenie. Wystarczy wyciągnąć wnioski i nanieść korektę. Sukces zależy tylko od nas.

_MG_1424_MG_1416_MG_1403

Trzy miesiące izolacji odcisnęły na nas piętno większe niż zdawaliśmy sobie sprawę. Poza milionem korzyści, jakie dostrzegam, bo w moim prywatnym odczuciu, ten czas był niezwykły, pozwolił nam na ogromną ilość wizyt w lesie  i kilometry przejechane na rowerze. Widzę też, że skumulowało się w nas dużo różnych emocji, które czasem uchodziły tak gwałtownie, jak para przez gwizdek w czajniku. Parząc przy tym niechcący innych. Ten wyjazd wyciszył naszą całą czwórkę. Odpoczęliśmy. Przypomnieliśmy sobie o cierpliwości. Dostrzegliśmy, że mamy już duże dzieci, które świetnie radzą sobie w różnych sytuacjach. Że nadszedł dla nas rodziców czas na krok w tył, aby dziewczyny mogły pójść naprzód.

Wieczorem dziewczyny wyniosły na balkon koc. Rozmawiały. Patrzyły na zachodzące słońce. Gabi malowała. Gdy było już prawie ciemno poszliśmy nad jezioro. Nie na długo. Na chwilkę. Był to spacer pełen dobrej energii. W niedzielę rowery i majsterka wypełniły nam całe przedpołudnie. Wieczór spędziliśmy już w naszym domu.

_MG_1465_MG_1457_MG_1484

1 Comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s