Jak zostałem Świętym Mikołajem

Usiadł na miękkim krześle przy biurku. Pochylił się nad pustą kartką, na której widniały zapisane już od kilku dni słowa: jak zostałem Świętym Mikołajem…

– hmm mruknął. Od czego mam zacząć? To było tak dawno temu.

Wstał i podszedł do okna. W głowie kłębiły się mu najróżniejsze myśli.
Tyle dzieci na świecie już w niego nie wierzy. Bo jak mają wierzyć w kogoś, kogo nie widać? Wszystko zmieniło się tak bardzo przez te lata. Rzeczy kiedyś ważne, dziś zostały zastąpione innymi. Każdemu brakuje czasu, brakuje chwil spędzonych ze swoimi dziećmi i bliskimi. Świat pędzi, a jego mieszkańcy razem z nim gonią za pragnieniami o przedmiotach, które mają uczynić ich szczęśliwszymi, lepszymi.

Posmutniał. Ostatnio często się mu to zdarza. Nie tak, to wszystko miało być. Zamyślił się na moment. Wziął pióro zaczął pisać.

Urodziłem się tam, gdzie obecnie znajduje się Turcja. Było to dawno, dawno temu. Wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Nikt nawet nie marzył o tym, że będzie coś takiego, jak elektryczność, samochody czy internet. O grach komputerowych nie wspominając. Nie miałem rodzeństwa. Byłem całkiem normalnym chłopcem. Lubiłem biegać, wspinać się na drzewa, miałem kolegów i koleżanki. Zdarzało mi się też psocić… Uśmiechnął się lekko zawstydzony na wspomnienie o tym, jak podczas zabawy stłukł doniczkę z kwiatkami, w której wcześniej przygotował magiczną miksturę… oj tak to był wspaniały czas zachichotał pod nosem.

Jeszcze zanim zostałem księdzem, odkryłem, że największą radość i szczęście przynosi mi pomoc innym. Obdarowywanie drugiego człowieka, sprawiało mi ogromną frajdę. Uśmiech na twarzach ludzi był dla mnie najcudowniejszą rzeczą jaką mogłem sobie wymarzyć. Mijały lata, a ja rozdałem wszystko co miałem. To było jak magia, jak gorąca czekolada, jak zapach pierników, jak pierwszy śnieg. Uwielbiałem być tym nieznajomym, który zostawia podarunki. Kochałem ludzi, kochałem tę iskierkę oczekiwania w oczach dzieci. Szybko okazało się, że ta cudowna magia i niezmierzona wiara pofrunęły razem z wiatrem daleko, daleko do miejsc, do których nie mógłbym nigdy dotrzeć. Ludzie opowiadali sobie nawzajem o tajemniczym Mikołaju, który, gdy zbliżał się czas świąt Bożego Narodzenia, zostawia dzieciom prezenty. Przepełnieni miłością i dobrem zaczęli mnie naśladować, odkrywając jak cudowne uczucie powoduje obdarowanie drugiej osoby. Moi pomocnicy dotarli w najdalsze zakątki świata, wywołując uśmiech na buziach dzieci. Stałem się, jak to teraz się mówi, popularny i zapewne dziś miałbym jakieś milion łapek w górę, oczywiście gdybym miał kanał na YouTube.

Magia i wiara we mnie sprawiła, że od ponad 600 lat mogę robić, to co daje mi największą radość. Wysłuchuję marzeń dzieci, wsłuchuję się w pragnienia dorosłych. I gdy przychodzi ten cudowny czas zakradam się do serc ludzi, czasem szepnę coś niepostrzeżenie na ucho i spełniam wszystkie te pragnienia, daję nadzieję, rozdaję prezenty… Od kilkudziesięciu lat wchodzę do domów przez komin, a moimi niezastąpionymi pomocnikami są renifery. Kiedyś było inaczej, ale to nie ma znaczenia. Wszystko się zmienia. Najważniejsza jest magia i wiara. To sprawia, że ludzie stają się lepsi i szczęśliwsi.

Mikołaj odłożył pióro. Zamyślił się. Jak zostałem Świętym Mikołajem…. Hmm mruknął i uśmiechną się do siebie. Zostałem Świętym Mikołajem dzięki ludziom, dzięki dzieciom, które we mnie uwierzyły. A najwspanialsze jest to, że Ty też możesz zostać pomocnikiem Świętego Mikołaja, a nawet samym Mikołajem. Wystarczy, że podarujesz coś drugiej osobie i niekoniecznie muszą być to drogie prezenty. Ja rozdawałem kiedyś jabłka i orzechy, czasem po prostu rozmawiałem z osobą, która potrzebowała, żeby ktoś jej wysłuchał.  To właśnie uśmiech, czy mocny przytulas są najcudowniejszym darem,  najlepszym prezentem. Słowo dziękuję i życzliwość do ludzi i zwierząt zamieszkujących nasz świat. Niekoniecznie tylko w święta. Pamiętaj, dopóki w coś wierzymy, to TO istnieje. Ja istnieję, dopóki we mnie wierzysz.

Odłożył pióro i uśmiechnięty, podśpiewując radośnie wrócił do pakowania prezentów. Przed nim magiczna noc.

Listy

– mamo chcesz przeczytać
– pewnie, a co to?
– list do Świętego Mikołaja…
– a mój przeczytasz?
– pewnie, że przeczytam

Biorę do ręki dwie karki.  Niebieską i czerwoną.
Czytam.
Czuję jak łzy napływają mi do oczu.
Chyba nigdy wcześniej tak bardzo nie pragnęłam, aby święty spełnił zawarte w nich prośby.

Kasia nie poprosiła o żaden prezent.
Gabi poprosiła o prezenty dla wszystkich, siebie wymieniła na samym końcu.

Kasia pragnie abyśmy żyli wiecznie. Zdrowi. Szczęśliwi. Razem.
Brakuje jej też przyjaciela, który zmienił szkołę. Wierzy, że święty pomoże.

Obie tęsknią za Tajką. Chcą, żeby wróciła. Gabi chce dać jej w prezencie naszą miłość, żeby święty przekazał jej, magicznie jakoś tak.  Żeby wiedziała.

Wrażliwość, niematerialność.
To o czym przecież wiem, ale w pędzie życia zapominam.

Uczucia zagubione w dniach tygodnia.
Nasza tęsknota.
Dwa listy.
Olbrzymia wdzięczność.