O Wilkach

Dziś o rodzinie, ale innej, tej która mnie inspiruje, zachwyca.
Kocham wilki. Nie da się ukryć. To wspaniałe, mądre, rodzinne i niezwykle opiekuńcze zwierzęta. Nie należy się ich bać. One boją się nas o wiele bardziej niż my ich. Polecam artykuł. Jest dobry, rzetelny. Mówi prawdę.

12321299_10208353461824214_8179072037819044820_n

Na futrzastej latarni świeci się para lamp. Zwierzę kręci się chwilę po śniegu, po czym kładzie się, wyciera w niego futro i znika za krzakiem. Taką scenkę uchwyciła fotopułapka Słowińskiego Parku Narodowego. Dla niewtajemniczonych: latarnia to wilcza głowa, a lampy to oczy.   

Zrobiło się wokół tego obrazu głośno, ale tylko na chwilę, bo takich widoków jest na terenie Pomorza środkowego coraz więcej. Wiedzą o tym naukowcy, którzy śledzą wilcze obyczaje, i hodowcy, którym od czasu do czasu wilk zachodzi za skórę. W Chocielewku (w pow. lęborskim) wilki podkopały się pod siatką i pożarły dwa daniele hodowlane. Przed wilkami ostrzega hodowców nawet Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska – urzędnicy zaznaczają, że jeśli nie dopilnują stad, to nie dostaną odszkodowania za stratę.

– Jeśli dla wilka trudnością będzie zdobycie pokarmu składającego się ze zwierzyny dzikiej, to wtedy podejdzie pod zagrody – mówi Andrzej Wróbel ze Słowińskiego Parku Narodowego. –  W parku jednak nie było żadnego przypadku ataku wilków na zwierzęta domowe.

I dobrze, bo to oznacza, że wilki koncentrują się na dziczyźnie, a ta ostatnio daje się we znaki rolnikom. Wilki czyszczą pola z rozmnażających się na potęgę dzików, a w Słowińskim Parku Narodowym regulują populację jeleni, które niszczą drzewostan.

Zresztą wygląda na to, że właśnie w Słowińskim Parku Narodowym wilk znalazł sobie idealne miejsce do życia, co dla gatunku niezwykle rodzinnego, przywiązanego przez całe życie do jednej partnerki i bardzo kochającego swoje dzieci niewątpliwie jest istotne.

– Z obserwacji pracowników SPN, a także dzięki foto pułapkom na terenie parku wynika, że może być tych wilków znacznie więcej, niż nam się to wcześniej wydawało – przyznaje Andrzej Wróbel. – Dzięki foto pułapkom udało nam się zarejestrować nie mniej niż pięć wilków. Jedna z takich obserwacji pochodziła z okolic Żarnowskiej, natomiast z obserwacji wizualnych wiemy, że w okolicach miejscowości Kluki obserwowano nawet do ośmiu osobników w jednej watasze. Wilków na pewno na terenie parku jest kilkanaście i podejrzewamy, że to są dwie oddzielne watahy.

Tak to wilk pomału przestaje być  baśniowy i wyjątkowy, chociaż na wolności człowiek wciąż widuje go rzadko. I nie ma się co dziwić, bo oba gatunki nigdy za sobą nie przepadały, poza nielicznymi wyjątkami. Za wilkiem wciąż ciągnie się zła sława – zupełnie tak, jakby rzeczywiście miał na sumieniu babcię Czerwonego Kapturka i nikt nie pamiętał, że to tylko bajka.

Może więc czas, żeby te relacje naprawić?

Można by pomyśleć, że wilka przedstawiać nie trzeba, ale to tylko pozory. W rzeczywistości wiemy o nim mało i może dlatego wciąż pokutuje w społeczeństwach mityczny lęk przed zwierzęciem wyjącym do księżyca. Wilk wypełnił sobą bajki, filmy, stał się treścią porzekadeł, ale miał słaby PR. Strasznie go obsmarowano.

A mało kto wie, że wilk to niedościgniony wzór rodzica, męża i opiekuna. Człowiek mógłby się od niego uczyć. A że czasem porwie owcę ze stada? Trudno, musi coś jeść, a przecież do mięsnego po zakupy nie pójdzie.

Teraz o wilku robi się głośniej, bo spotyka się go częściej. Przez długie lata jednak było o nim cicho. Z prostej przyczyny: skutecznie uciszył go człowiek.

Zresztą – trzeba to powiedzieć: mimo że babci Czerwonego Kapturka wilk nie pożarł, to  całkiem  kryształowy jednak nie jest.

Człowiek wilkowi wilkiem

Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska rozesłała już komunikat, w którym ostrzega rolników, by pilnowali swoich stad nocą. Wie to Jarosław Brzeski, gospodarz z Chocielewka – to właśnie jemu wilki zagryzły dwa daniele. Podobnie stało się w okolicach Bożegopola. I nie ma się co dziwić, bo dla wilków takie stado zamknięte w jednym miejscu jest jak stołówka. Wystarczy się tylko do niej włamać…

– Podkopały się pod siatką – mówi Brzeski. – Dostałem na szczęście odszkodowanie, ale i zalecenie, bym tę siatkę głębiej wkopywał.

To jednak trzeba wilkowi oddać, że nie poluje dla trofeów ani żeby zrobić człowiekowi na złość, ale żeby zjeść, a powiedzenie „wilczy apetyt” nie wzięło się znikąd. – Wilk dziennie musi zjeść trzy, cztery kilogramy mięsa, więc jeśli wataha liczy dziesięć sztuk, to łatwo obliczyć, zjada co dzień 40 kilogramów – mówi Andrzej Wróbelze Słowińskiego Parku Narodowego. – Więc taka wataha wilków na terenie Słowińskiego Parku Narodowego zjada minimum 300-400 sztuk zwierzyny rocznie.

Dlatego tak ważne jest, by wilk przerzucił swoje kulinarne zainteresowania z zagród do lasu. Jeśli rolnicy pójdą za radą urzędników i stada będą dobrze chronione, to wilk może się rolnikom nawet przydać. Stada dzików, które rozmnożyły się ponad miarę i ryją okoliczne pola, będą musiały liczyć się z tym, że trafią w paszczę równie ochoczo rozmnażającego się wilka.

Są też inne powody, dla których człowiek powinien uścisnąć wilkowi łapę. – Park do niedawna miał jedno z największych zagęszczeń jelenia szlachetnego w Europie – mówi Andrzej Wróbel. – Wzrost liczebności wilka i jego migracja powodują spadek populacji jelenia, co również jest korzystne dla ekosystemu, w tym drzewostanów.

 

Jeśli wilk szuka sobie jelenia, to człowiek nie powinien mu przeszkadzać. A jednak robił to przez lata z potwornym skutkiem. – W latach 1952-54, a potem aż do 1972 roku trwała wilcza akcja, podczas której bezlitośnie zabijano wilki – mówi Sabina Pierużek-Nowak, prezes Stowarzyszenia dla Natury „Wilk”. – Mordowano je wszelkimi sposobami, strzelano, truto, stosowano fladry. Nawet nadleśnictwa miały nakaz tępienia wilka. Uważano go za szkodnika. W efekcie w całym kraju pozostało około 60 wilczych osobników.

W 1972 r. wyhamowano ten morderczy pęd, ale trzy lata później powrócił. – Nastąpiły akcje łowne, na wilki polowano dla trofeów – tłumaczy Sabina Pierużek-Nowak. – Tak było do 1998 roku, kiedy objęto je ścisłą ochroną.

Wilk rozpoczął rekolonizację zachodniej Polski. Robi to pomału, ale sukcesywnie. Jest przy tym zdeterminowany, bo w poszukiwaniu partnerki może pokonać nawet 600 km w dwa tygodnie.

Wilcza rodzinka.pl

Wataha, czyli grupa rodzinna wilków, to niemal idealna rodzinka. Na czele stoi samiec, który – kiedy już zwiąże się z samicą – nie opuszcza jej aż do śmierci. Nie jak u ludzi.

Kiedyś najczęściej życie wilka kończył człowiek, dziś  świerzb i inne choroby. – To poważny problem – przyznaje Sabina Pierużek-Nowak. – Wilki dostają świerzbu najczęściej  za pośrednictwem lisów i jenotów, które potrafią wejść do ich nor i przenieść chorobę. Widywane są szczeniaczki, całe w strupach, niemogące chodzić. To przerażający widok.

Pierwsze trzy miesiące przeżywa ok. połowa populacji szczeniąt. Zanim przyjdą na świat, samiec, czyli basior, bardzo troskliwie zajmuje się swoją panią. Para okazuje sobie czułości, kładą pyski na grzbietach partnerów,  wyjmują pasożyty z sierści. A kiedy samica jest w ciąży, samiec bierze sprawy w swoje łapy.

– Dopóki ciąża nie jest zaawansowana, polują wspólnie – mówi Sabina Pierużek-Nowak. – Gdy ona przestaje być „na chodzie”, samiec przynosi jej jedzenie, nawet wodę. A gdy urodzi – opiekuje się nią. To bardzo odpowiedzialny partner i ojciec. Kiedy młode dorastają, samica wraca do polowań, bo jest w tym bardzo dobra.

Co ciekawe, pozostała część rodziny również pomaga rodzicom.

– Kiedy rodzice idą na polowanie, młodymi zajmują się bracia i siostry – mówi Sabina Pierużek-Nowak. – Wracają z polowania, a w brzuchach przynoszą im lekko strawiony pokarm. Kiedy młode podrosną, opuszczają norę. Rodzice z wolna uczą je podchodzić do upolowanej zwierzyny, potem się wspólnie stołują. Zanim młode nie dorosną, starsze rodzeństwo zostaje z nimi i pomaga w wychowaniu, zanim pójdzie „na swoje”. Takarodzinka.pl – śmieje się Sabina Pierużek-Nowak.

Jedna grupa rodzinna wilków zajmuje teren 250-300 km kw. – To ogromny obszar, porównywalny wielkością do Warszawy – obrazuje Sabina Pierużek-Nowak. – Zwierzyny łownej na nim nie brakuje.

Nie taki wilk straszny…

Bliskie spotkania człowieka z wilkiem należą do rzadkości, bo wilk człowieka unika. Jednak czasem się zdarzają.

– Schodziłem o świcie z ambony po inwentaryzacji jeleni i zobaczyłem trzy młode wilki w niewielkiej odległości – opowiada Andrzej Wróbel. – Odprowadziły mnie ok. 200 metrów do samochodu. No, miałem wtedy ciarki. Zastanawiałem się, co im chodzi po głowie.

– Najczęściej u młodych wilków to ciekawość. Starsze uciekają, jak tylko machnie się rękami czy krzyknie – mówi Sabina Pierużek-Nowak. – Ludzie jednak zawsze się wilków bali i nie ma się co dziwić. Jednak ryzyko ataku z ich strony jest znacznie mniejsze niż ze strony psów, gdzie w ciągu roku kilkakrotnie słyszymy o pogryzieniach. Wilk ma słaby wzrok i w dzień widzi jak daltonista bez okularów.

No i jak tu takiego inwalidy się bać…

– Mam prośbę – mówi na koniec naszej rozmowy Andrzej Wróbel. – Niech pan napisze o wilku ciepło…

Toteż piszę: wilk jest w porządku. Traktujmy go po ludzku.

auror tekstu: Robert Gębuś
r.gebus@prasa.gda.pl

źródło: http://www.strefaagro.dziennikbaltycki.pl/artykul/wilk-jest-w-porzadku-traktujmy-go-po-ludzku

 

Bałtykiem wychowani

k

Dziecięce odczuwanie świata jest tym, co daje mi energię, jest tym, z czego garściami staram się czerpać inspirację każdego dnia. Bo dzieci widzą więcej, czują prawdziwiej i piękniej. Nieskażone tym co muszą i powinny czuć.

Morze wyzwala energię, myśli, uczucia, pragnienia. Na morzu wszystko staje się proste, choć, gdy żegluje się z dziećmi słowo proste nabiera innego znaczenia, nieco bardziej skomplikowanego.

Od trzech lat planujemy popłynąć z dziećmi na ciepłe wody, zawsze lądujemy jednak na Bałtyku. Czy to sentyment, czy przywiązanie, a może jakiś rodzaj uzależnienia. Trudno stwierdzić. Faktem jest, że to Bałtyk nas wychował, więc może i my chcemy podświadomie Bałtykiem wychować dzieci.

Każdego dnia mam to samo postanowienie, uczyć się od dzieci. Nie jest to łatwe. Nasze dorosłe głowy ciężkie są od codzienności, nasz wzrok często zawiesza się na mało istotnych elementach, które wydają się nam niezmiernie ważne. Dzieci mają inaczej. One patrzą wyżej, dalej, dokładniej. One patrzą i widzą.

Tak było z deszczem, który przywitał nas w Świnoujściu. My widzieliśmy deszcz, mokre ubrania, problem. Nasze dzieci widziały marinę i jacht, który zaraz stanie się ich domem. Widziały początek czegoś fajnego. Na moje pełne zawodu i pesymizmu sarkastyczne stwierdzenie: – super, leje! Gabi odpowiedziała radośnie: – Mama na łódce zawsze pada. To normalne.

Na szczęście nie zawsze. O czym mieliśmy się przekonać podczas tego rejsu.

Wypłynęliśmy. Dziewczyny od razu poszyły z tatą na dziób jachtu. To miejsce, które uwielbiają. Mogą tam liczyć fale, ewakuować się do dziury (luk dziobowy) lub, tak jak Kasia, siedzieć i patrzeć na morze. Tak zwyczajnie. Bez słów. Chłonąć horyzont.

img_5145

Nie mieliśmy specjalnego planu pływania. Chcieliśmy wsłuchać się w potrzeby dzieci i nasze. Pierwszym portem i olbrzymim zaskoczeniem było Peenemünde na wyspie Uznam. Miałam wrażenie, że przenieśliśmy się w czasie i nie do końca tam, gdzie byśmy chcieli. Zupełnie opustoszałe miasteczko, z łodzią podwodną w porcie i muzeum techniczno-historycznym w starej monumentalnej elektrowni. To właśnie w tym miejscu wystrzelono pierwszą w historii rakietę, która przekroczyła próg przestrzeni kosmicznej. Tak czy inaczej, nie nasz klimat. Nie czuliśmy się tam dobrze i rano wypłynęliśmy w stronę Rugii.

– Mamo wiesz co kocham w morzu? To jak fale się ze sobą biją, powiedziała Gabi wpatrująca się od kilkunastu minut w wodę. Nie wiem jak to się dzieje, ale gdy płyniemy, dzieciom się nie nudzi. Na lądzie owszem. Bardzo często. Na morzu nigdy. To chyba takie perpetuum mobile. My jesteśmy szczęśliwi bo jesteśmy na morzu ze szczęśliwymi dziećmi, a dzieci są szczęśliwe bo są na morzu ze szczęśliwymi rodzicami. Napędzamy się. Jesteśmy spokojni, mamy dla siebie czas. Możemy siedzieć i nic nie robić. Tak po prostu. Siedzieć przy sobie i bawić się liną, grać w karty, przytulać się, gapić w chmury odgadując ich kształty, śpiewać na cały głos hej sokoły, patrzeć w wodę, zaglądać poza horyzont. Być ze sobą i nic więcej. Bez lądu, bez przeklętych słów: „kochanie za chwilkę, bo muszę…” Na morzu mamy dla siebie czas, którego tak bardzo brakuje nam w tym domu, w środku kraju, z dala od wody.

img_5136

 

img_4835

img_5003

W Gager na Rugii było idealnie. Piękne miejsce, wyjątkowy i niezwykle pomysłowy plac zabaw, bułka z wędzoną rybą, bardzo długi spacer, łabędzie i mój ulubiony widok – dzieci w piżamach, jedzące śniadanie w kokpicie. Gager nas zauroczyło. W takich miejscach jesteśmy szczęśliwi. Takich miejsc szukamy.

img_4870

img_4964

img_5043

img_4943

img_4918

Dalej popłynęliśmy do Lauterbach. Niedaleko, spokojnie, spacerowo, a stamtąd, następnego dnia, już w stronę Polski. To właśnie płynąc z Lauterbach na Greifswalder oie, maleńką wyspę, która miała być naszym przystankiem na drodze do Świnoujścia, doświadczyliśmy rzeczy strasznej dla rodzica żeglarza. Choroby morskiej naszej młodszej córki. Cały dzień spała, większość czasu w kokpicie, przykryta kocem. Bezradna, pogrążona w stanie, który znam aż za dobrze.

– Mamusiu, chyba jestem chora, powiedziało mi moje dziecko, patrząc na mnie nienaturalnie błyszczącymi oczami.

– Wiem kochanie, odpowiedziałam zupełnie bezradnie, bo przed nami było jeszcze co najmniej kilka godzin płynięcia. Bo wiedziałam, że to moja wina.

– Mamo, ale to nic groźnego?

– nie kochanie, to nic groźnego, to choroba od bujania, choroba morska.

– a ha, to dobrze, odpowiedziała cieniutkim głosikiem i z pełnym zaufaniem zasnęła wtulona w moje kolana.

Tuż przed zmrokiem dotarliśmy na wyspę, która w locji wyglądała na miejsce, gdzie owszem nie ma zejścia na stały ląd, ale można bezpiecznie zacumować i przenocować. Zdziwienie naszą obecnością, załogi stojącego przy nabrzeżu statku ratowniczego, było równie duże, jak nasze, gdy zobaczyliśmy, że jedyną możliwością jest zacumowanie do kamienistego falochronu, który był jednocześnie mieszkaniem niezliczonej ilości mew.  Po krótkiej wymianie zdań, stanowczym „NIE” służb niemieckich, wyciągnęliśmy na pokład naszą najmocniejszą broń – dzieci. Serce Niemca zmiękło i mówiąc, że tylko na jedną noc, zgodził się, abyśmy zostali. Przy Greifswalder oie spędziliśmy trochę więcej czasu niż planowaliśmy. Czekaliśmy aż wiatr trochę ucichnie. Gotowaliśmy, graliśmy w planszówki, na resztkach laptopowej baterii oglądaliśmy bajkę. Obserwowaliśmy obserwujące nas mewy, cierpliwie znoszące naszą obecność. My też ze swojej strony staraliśmy się być gościem najmniej uciążliwym, szanującym spokój właścicieli falochronu. W nocy oświetlała nas wzniesiona w 1853 roku latarnia morska. Cała wyspa, która jak na tak niewielki teren ma całkiem interesującą historię, jest rezerwatem przyrody. Co ciekawe zamieszkują ją nawet lisy, które przybyły na nią po zamarzniętych wodach Bałtyku.

img_5071

img_5066

Wiatr ucichł. Wypłynęliśmy w stronę Świnoujścia, zostawiając za rufą bezludną wyspę opanowaną przez Kormorany. Z włączonym autopilotem, całą rodziną na dziobie. Chłonęliśmy każdą chwilę, śpiewaliśmy piosenki otulani niewiarygodnie ciepłym, jak na bałtyckie warunki, wiatrem. Żeglowaliśmy. W oczach Kasi pojawił się smutek i trochę złości. Powiedziała, że tydzień to stanowczo za mało i że ona nie wraca. Że ona chce tu zostać i już. Chciałam powiedzieć jej coś mądrego, coś dorosłego, ale musiałabym mówić nieprawdę. Ja też chciałam zostać. Najlepiej na dużo dłużej. Chciałam i już.

Wróciliśmy.
Ale mamy marzenia. Mamy plany. Mamy pasję, która daje szczęście naszej całej czwórce. Jesteśmy Bałtykiem wychowani, a od tego nie ma ucieczki.

img_5214

img_4763

img_5229