10 na 10

Jako mama wzruszam się bardzo często, znacznie częściej niż wcześniej.

Moja wrażliwość mierzona skalą 1-10, przed dziećmi była maksymalnie czwórką, teraz jest mocną dziesiątką.

Wczoraj wzruszenie zafundowała mi Kasia. Po zajęciach Tygrysów, ubierała się w szatni. Obok niej Krzyś zakładał buty. Na sznurowadłach zrobił się mu supeł.
– Krzysiu potrzebujesz pomocy? Zapytała Kasia. Krzyś powiedział, że tak, potrzebuje.
Kasia ukucnęła i zaczęła rozwiązywać zaplątane sznurowadła.
-Wiesz Krzysiu, bo ja mam taki sposób, zaraz Ci pokażę. O tu tak, a to tak i już. Proszę. Gotowe.
– Dziękuję Kasiu.

Stałam metr od nich. Wzruszona na 10.

Lubią to!

Kasia i Gabi wychodzą z pokoju taszcząc krzesełko do karmienia lalek.
Gabi idzie tyłem. Nagle potyka się i przewraca.
Nastaje cisza i pewna konsternacja.
Kasia, patrzy na Gabi i z pewnością w głosie mówi:
– to było super! Prawda Gabi?!
Gabrysia leżąc na podłodze, ma chwilę zawahania, ale patrzy na Kasię i woła:
– tak to było super! My tak lubimy 🙂

I pozamiatane. Bez płaczu i awantur. One tak lubią 🙂

Inna rzeczywistość

Steve Jobs podobno zniekształcał rzeczywistość. Dopasowywał ją do swoich aktualnych potrzeb. Wypierał z głowy pewne fakty, skupiając się na tym, co było dla niego aktualnie ważne. Często odrzucał oczywistość, zaprzeczał jej i usuwał ją skutecznie ze swojego życia.

Korzystając z odwiecznego prawa rodzica, postrzegam swoje dzieci jako absolutnie wyjątkowe. I takie właśnie są. To w ramach wyjaśnienia, skąd to zestawienie z Jobsem.

We wtorkowy poranek Gabrysia zapytała mnie, czy możemy zrobić sobie dziś wolne od pracy i przedszkola. Prośbę argumentowała faktem, że ma dużo zajęć i nie zdąży ich wykonać, jeżeli będzie musiała iść do przedszkola. Do czynności niecierpiących zwłoki należało malowanie styropianowych wielkanocnych jajek i rysunek krowy i kurczaka.
Nie zwracając szczególnej uwagi na to co mówię, założyła fartuszek do malowania, przygotowała farby i pędzle.
– Gabi, zaraz musimy wychodzić, proszę, pomalujesz jajka po powrocie.
– nie po powrocie, bo ja nigdzie dziś nie idę.
– ale ja idę do pracy.
– skoro ja nie idę do przedszkola, to ty też nigdzie dziś nie idziesz – odpowiedziała Gabi.

Oczywiste, przecież nie mogę zostawić dziecka bez opieki.
Przez chwilę rzeczywistość nagięła się pod naporem Gabi, która od pięciu lat wytrwale praktykuje tę sztukę. Z efektami oczywiście 🙂

Jako że zniekształcanie rzeczywistości jest mocno kuszące, ja również uległam tej pokusie i zniekształciłam nieco zniekształconą już rzeczywistość Gabrysi.

Osiągając kompromis zdążyłyśmy do przedszkola i pracy, ozdabiając wcześniej wielkanocne jajko.

IMG_0006

podróż w czasie

Stary rzutnik. Bardzo stary. Karton pełen slajdów. Zapach kurzu, który przeleżał na pudłach kilka, a może kilkanaście lat.

Emocje. Pamiętam je. Towarzyszyły mi, gdy jako dziecko namawiałam rodziców na wspólne oglądanie zdjęć na ścianie. Uwielbiałam to.

Pstryk. Działa. Światło pełne paprochów tworzy obraz na ścianie. Charakterystyczny dźwięk zmieniających się slajdów. Dostrajanie ostrości i pożółkłe zdjęcia, a na nich małe dzieci i młodzi uśmiechnięci ludzie.

– mamo, a to kto?
– to babcia Danusia
– a to?
– to ja
– a ta dziewczynka?
– to ciocia Karolinka
– a to dziadek?
– nie, dziadek stoi tu.

Dziewczyny z zaciekawieniem oglądają stare fotografie. Patrzą na swoją mamę, która za chwilę zdmuchnie dwie urodzinowe świeczki na torcie. Ich mama jest młodsza od nich.

Zatrzymany w kadrze czas. Magia. Podróż niemożliwa do odbycia, właśnie się zaczęła. Czuję się jak mała dziewczynka. Czuję te same emocje, które towarzyszyły mi podczas oglądania zdjęć z rodzicami.

Kilka zdjęć. Wszystkie bardzo podobne. Zima, śnieg i mała dziewczynka – ja. Obok mnie moja mama, młodsza o jakieś 15 lat niż ja dziś. Patrzy na mnie wzrokiem pełnym  miłości i fascynacji każdym gestem dziecka bawiącego się śniegiem. Za obiektywem aparatu stoi mój tata, który wykonuje serię zdjęć, tylko z pozoru identycznych. Przecież zmieniały się moje miny, inne było ułożenie rąk. Pstryka bez umiaru, pochłonięty zachwytem.

Oglądałam te zdjęcia już wcześniej. Ale dopiero teraz naprawdę je zobaczyłam. Okazało się, że znam ten zachwyt, że znam ten mimowolny uśmiech na twarzy, który często towarzyszy mi, gdy obserwuję moje dzieci. Patrzyłam na moją mamę i rozumiałam sytuację zatrzymaną w kadrze. Rozumiałam jej niezwykłość, piękno i ukryte znaczenie. Kilka niemal identycznych zdjęć okazało się być wspaniałą ilustracją miłości i rodzicielstwa. Patrzyłam na zdjęcia i w swoich dwudziestoparoletnich rodzicach widziałam siebie. Rzeczywistość się zapętliła, czasoprzestrzeń pozaginała w niezrozumiały dla mnie sposób. W oczach mojej mamy zobaczyłam moją miłość do moich dzieci. Podróż w czasie się odbyła. Wróciłam z niej lekko odmieniona. Dziś wiem i rozumiem więcej.

10007518_10209081262058765_3464036655636451806_n