Zaakceptować strach

Scena 1
Dmuchaniec na plaży w Helu. Dziewczynka może 5 letnia stoi na samej górze wielkiej zjeżdżalni. Płacze. Jest przerażona. Na dole stoi wściekły ojciec. Mówi po niemiecku. Nie trzeba znać tego języka, by domyślić się, że nie przebiera w słowach pełnych pogardy dla jej strachu. Gdzieś obok kręci podirytowana się matka. Dziecko zanosi się od płaczu. Cała sytuacja trwa może jakieś 10 minut. Tyle, co jednorazowe wejście na dmuchaniec. Dziewczynka decyduje się zejść bokiem, po dmuchanej drabince. Na dole czekają na nią rozgoryczeni i wyraźnie zawiedzeni rodzice. Padają kolejne ostre słowa. Odchodzą. Rodzice przodem, a kilka kroków za nimi, zostawione same sobie, nadal płaczące dziecko.

Scena 2
Park linowy w Jastarni. Cztery poziomy trudności. Na najtrudniejszym matka z około dwunastoletnią córką. Dziewczynka ma przeskoczyć na linie między dwoma drzewami. Pierwsza skacze matka. Jest wyraźnie podekscytowana, widać, że skok był dla niej wielką frajdą. Dziewczynka boi się. Długo się namyśla. Matka początkowo spokojnie ją zachęca. Później odwołuje się do kwestii finansowych i porusza temat jej beznadziejnego zachowania. Na dole pod drzewami kręcą się ludzie. Zaciekawieni rozmową zadzierają głowy. Po kilkunastu minutach dziewczyna skacze. Przed nią jeszcze kilka atrakcji, znacznie bardziej angażujących niż ten skok. Dziewczyna cała się trzęsie, powtarza, że się boi, że chce zejść. Matka nie słucha. Nazywa ją tchórzem, nieudacznikiem i pierdołą. Apogeum następuje na przejeździe tak zwaną miotłą. Ponad trzy metry nad ziemią na stalowej linie zainstalowana jest ławeczka, na którą trzeba usiąść okrakiem i niczego się nie trzymając przejechać między drzewami. Dziewczyna płacze. Jak w amoku powtarza, ja nie chcę, ja się boję, ja nie chcę. Matka wrzeszczy. Porównuje do innych idących tą trasą. Robi się nieprzyjemna. Instruktor proponuje, że przejedzie razem z dziewczyną, ta jednak sztywna ze strachu nie jest w stanie zrobić kroku. Matka jest obrażona. Patrzy w stronę córki z pogardą z wielkim zawodem. Dziewczyna zostaje ściągnięta na dół. Siedzi skulona. Trzęsie się. Płacze. Matka, która właśnie skończyła, robi sobie zdjęcia i dzieli się wrażeniami z instruktorami. W stronę córki nie patrzy. Mija pół godziny, dziewczyna nadal sama, skulona ze wzrokiem wbitym w ziemię. Matka nadal daleko.

Oba przypadki to opis sytuacji, w której dziecko nie sprostało oczekiwaniom rodzica. Nie podołało idealnej wizji, zawiodło. Okazało emocje traktowane jako słabość. Zepsuło świetną zabawę, nie doceniło inicjatywy i dobrej woli matki i ojca. Dziecko zawiniło. Rodzic miał prawo być zdenerwowany. Prawda?! Przecież nic się nie stało.
A jednak. Stało się. Brak akceptacji uczuć dziecka sprawia, że przestaje ono wierzyć samo sobie, zaczyna się skupiać na tym, co powiedzą inni. Staje się zewnątrzsterowne.

Gdy zostajemy rodzicami, tworzymy sobie pewną wizję nas samych i naszego dziecka. Chcemy, aby nasze dzieci w dorosłym życiu odniosły sukces, żeby były pewne siebie, nie ulegały wpływom,  miały własne zdanie i potrafiły go bronić. Chcemy, aby były szczęśliwe. Jednak on najmłodszych lat, czasem zupełnie nieświadomie, podcinamy dzieciom skrzydła.  Oto kilka sytuacji, które mogą sprawić, że dziecko przestanie ufać samo sobie i skupi się na tym, co mówią inni. Kilka sytuacji, które zdarzają się nam kilka razy dziennie.

Dziecko biegnie, upada, płacze. Rodzic z troską i miłością w głosie: no nie płacz kochanie, nic się nie stało.
Nic się nie stało? Czyżby? Otóż stało się, bo boli. Stało się bo dziecko się wystraszyło. Zaprzeczanie temu, co czuje dziecko, buduje w nim niepewność. Dziecko zaczyna myśleć: no tak to było straszne, kolano mnie boli, ale mama mówi, że mnie nie boli, że nic się nie stało, a mama przecież nigdy się nie myli.
Podobnie jest ze strachem. Lęk może pojawić się w każdej sytuacji, może go wywołać latająca mucha, woda zalewając oczy, ciemność czy głośny dźwięk. Zazwyczaj w takiej sytuacji mówimy: no przestań, nie ma się czego bać. Nie przesadzaj. Daj spokój. Nasze intencje są dobre. Jednak znowu jest to zaprzeczenie uczuciom dziecka. Zamiast efektu pocieszenia, mamy dziecko, które czuje się zagubione i rozzłoszczone.

Czasem warto postawić się na moment w sytuacji dziecka.
Po ciemku, w dziecięcym pokoju z impetem stajemy bosą stopą na klocek lego. Boli jak diabli. Mamy ochotę odgryźć stopę. Jesteśmy wściekli na klocki, dzieci, na wszytko. Boli i już. W tym momencie pojawia się osoba, której ufamy i spokojnym głosem mówi, no nie przesadzaj, nic się nie stało. No, już nie boli. Nie ma co się tak denerwować.
Co czujemy?
Brak zrozumienia, wściekłość, samotność. Wystarczyło przecież, żeby ktoś powiedział: kurczę, to musiało boleć, to okropne stanąć na klocek. I już! Żadnych porad, żadnych złotych myśli. One nie pomagają. Nie pomaga powiedzenie, gdybyś miała kapcie to by cię tak nie bolało, nie pociesza, fakt, że mogłaś zapalić światło. Nic nie działa, stopa boli i już.

Starając się wczuć w doznania dziecka, będziemy mogli dostrzec to, jak się ono czuje, będziemy umieli nauczyć je nazywania uczuć. Zamiast oceniać i etykietować warto zaakceptować. Nie ma złych i dobrych emocji. Każdy człowiek, także dziecko zmaga się z wieloma uczuciami, tymi przyjemnymi i tymi trudnymi. Naszą rolą jako rodzica jest zrozumienie, że nasze dziecko może mieć lęk wysokości, że dmuchaniec go przeraża, że małe obtarcie kolana będzie wymagało bandaża i odpoczynku na kanapie pod kocem, a woda zalewająca oczy podczas mycia głowy to horror nie do opisania. Nawet jeżeli dla nas jest to NIC.

Każde dziecko jest inne. Musimy zaakceptować swoje dziecko ze wszystkimi jego emocjami, z radością, smutkiem, złością i strachem. Pozwolić mu być sobą. Tylko w ten sposób możemy dać dziecku poczucie zrozumienia i bezpieczeństwa. Tylko w ten sposób wychowamy dziecko, żyjące w zgodzie z tym co czuje.