Wojtek dzielnie poczytuje, świetną swoją drogą książkę, Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały.Faber Adele i Mazlish Elaine.

Dziewczyny bawią się razem. W pewnym momencie dochodzi do spięcia. Kasia bliska płaczu biegnie do kuchni.
Tata: Kasiu, co się stało?
Kasia: Gabrysia mnie popchnęła (chlipiąc)
Tata: Ojjjj nie przes… Mmmmm to musiało być dla Ciebie bardzo niemiłe.

No i jest rano uśmiech na twarzy:-)

o moich błędach

Popełniam tysiące błędów wychowawczych.
Zdarza mi się krzyczeć, straszyć, szantażować. Za każdym razem mam mega wielkie wyrzuty sumienia, bo dokładnie wiem, jak powinnam postąpić, co powiedzieć, jak zareagować.
Wiem też, że gdy krzyczę, poruszam lawinę, która niemal zawsze przetacza się
z wielkim hukiem przez naszą rodzinę i nasze samopoczucia.
Nie szukam wytłumaczenia mojego braku cierpliwości w tym, że mam gorszy dzień, że źle się czuję, że takie zachowanie dzieci, to świętego wyprowadziłoby z równowagi. Jestem dorosła, jestem matką muszę wymagać od siebie więcej!
Uczę moje dzieci, że nie wolno na siebie krzyczeć. I sama powinnam się tych zasad trzymać. Gdy krzyczę, ponoszę wewnętrzną porażkę. Wiem, że to i tak nie zmieni zachowania moich dzieci. Wiem, że będzie gorzej, bo one poczują się niezrozumiane, przytłoczone i wystraszone.
Najgorsza jest świadomość przyczyny złego zachowania. Wiem przecież, że wynika to z tego, że odkąd przyszliśmy z przedszkola, nie miałam 5 minut, żeby z nimi usiąść i porozmawiać, że w sobotę, zamiast iść na rowery, latam z mopem jak szalona. Wiem, że są rozdrażnione, bo czegoś im brakuje, brakuje im mnie.

Ulegam czasem pokusie szantażu: jak nie zjesz obiadu to nie pójdziemy do sali zabaw, jak nie posprzątasz pokoju to… Straszę moje dzieci tym, że spadną ze schodów i połamią sobie nogi. Dlaczego? Bo, gdy trzylatka próbuje zejść samodzielnie ze stromych schodów trzymając w rączkach całkiem spory wózek dla lalek, to strasznie się boję, że ona z tych schodów spadnie i w najlepszym wypadku połamie sobie nogi. Ale to ja się boję i mój strach nie powinien być wyrażany w taki sposób i co gorsza przenoszony na dzieci.

Wczoraj Gabi, moja trzylatka,  chciała zeskakiwać stopień po stopniu, ze wspomnianych już stromych schodów. Gdy przypomniałam jej, że nie skaczemy ze schodów, wkurzyła się bardzo. Starała się mnie najpierw ugryźć, później uszczypnąć. Sprawić mi ból w dowolny, ale skuteczny sposób. Przypomniałam jej, że w naszym domu się nie bijemy i że widzę, jak bardzo ją zdenerwowała ta sytuacja i że rozumiem, że to może być frustrujące, gdy ktoś zabrania nam czegoś, na co mamy ochotę. Później powiedziałam, że to dla mnie bardzo przykre, gdy próbuje zrobić mi krzywdę.
Opanowałam emocje, nie łatwe dla mnie do opanowania. Bo gdy dziecko bije, pojawia się bezradność, a ona jest najgorszym doradcą wychowawczym.

Jakieś pół godziny później. Siedzimy przytulone na kanapie, oglądamy bajkę.
W pewnym momencie Gabi mówi:
– mamo, przepraszam, że się tak zezłościłam i próbowałam cię ugryźć.

Moja Gabi 🙂 Warto pamiętać o tym, co wiemy!

Bransoletka

Kasia zakłada na rączkę bransoletkę, którą dostała na urodziny od koleżanki z przedszkola . Na drugiej ma zegarek, również urodzinowy prezent. Jest szczęśliwa i dumna. Ma pięć lat. Ma bransoletkę i zegarek.

Gabi widząc to robi buzię w podkówkę i smutna biegnie w kąt.

Płacze.

Podchodzę do Gabi. Mówię, że widzę, że jest smutna, że to dla niej trudna sytuacja itd…

Gabi nadal płacze.

Podchodzi do nas Kasia, zdejmuje bransoletkę z ręki i mówi: Gabrysiu, podaj mi rączkę. Masz, możesz iść w niej do przedszkola. Ładnie wyglądasz, wiesz.

Takie sytuacje są dla mnie bardzo budujące. Moja świeżo upieczona pięciolatka bez żadnych wcześniejszych sugestii potrafi zrezygnować z czegoś, co bardzo się jej podoba. Potrafi wczuć się w potrzeby i uczucia drugiego człowieka.

Dziś wychodząc do przedszkola trzy osoby były szczęśliwe i dumne:-)

balony, żony i ćwiczownie

Miks zasłyszanych w ostatnich dniach perełek wypowiedzianych przez moich domowników:-)

 

Kasia patrzy na mapę Polski. Pokazuję jej palcem i mówię: – a tu jest Łódź…
Kasia przerywa mi błyskawicznie: – wiem wiem, tam wyhodował się tatuś.

Wojtek do mnie:
– chodź do mnie ty moja urocza żono!
Jednak po sekundzie zastanowienia stwierdza:
– hmm urocza… chyba wszytko można o tobie powiedzieć, ale nie to, że jesteś urocza…

No i co? rozwód? 🙂

Gabi na rowerze (umie jeździć na dwóch kółkach, ale nie umie sama ruszyć)
– mamo nastartuj mnie!

Koleżanka robi nam rodzinne zdjęcie, zależy mi na tym, żeby Gabi spojrzała w obiektyw lub chociaż w jego okolicę.
Mówię: – patrz, patrz, nad domem leci balon.
Gabi patrzy uważnie: – mamo coś niewyraźny ten balon.

Gabi: – mamo gdzie jest tata?
Kasia: tata jest na ćwiczowni
(chodzi oczywiście o siłownię)

 

 

 

o muchach, empatii i nieuniknionym

Mąż zakupił lampę owadobójczą. Wielką, sklepową, profesjonalną. Nasze muchy nie mają szans. Uodporniły się na spraye, mazidła okienne i tradycyjne łapki. Ostatnio były wszędzie doprowadzając nas niemal do łez.

Lampa wzbudziła wielkie emocje męża i dzieci. Fioletowe światło i charakterystyczny dźwięk, gdy mucha zostaje zaskoczona obecnością drucików z prądem, były lepszą atrakcją niż robienie z mamą zaproszeń na urodziny.
Co jakiś czas Wojtek sprawdzał efekt działania lampy. Gdy Kasia zobaczyła, co ta lampa rzeczywiście robi bardzo posmutniała.
– tato, ale przecież one już nie wrócą do swojej mamy, siostry, brata, babci. Rodzinie będzie smutno, że ich nie ma.
Tata, próbując wybrnąć ze ślepego zaułka, w którym okazał się być pogromcą rodzin, powiedział: – ale oni są już wszyscy razem Kasiu…
– u Pana Boga tato?
– tak kochanie, wszystkie muchy latają teraz u Pana Boga.
Gabi słysząc rozmowę, podbiegła do mnie i woła:
–  mamo, ja nie chcę do Pana Boga, dobrze? ja nie chcę!
Nie zdążyłam zareagować. Kasia była pierwsza:
– Gabryśka, jak będziesz starą babą to wtedy pójdziesz do Pana Boga, nie teraz!

Cóż. Pozostało mi tylko potwierdzić i zaproponować dalsze robienie zaproszeń.

 

 

 

 

Kasia i jej Nino:-)

Nasza córka dorasta. Dziś zdecydowała, że Ninio, zostaje w samochodzie i ona idzie do przedszkola sama:-) Przypięła maskotkę – z którą nie rozstaje się odkąd skończyła 6 miesięcy – pasami w swoim foteliku i dumna pobiegła przywitać się z dzieciakami:-)

Potwierdza się po raz kolejny moje przekonanie, że dzieci do większości rzeczy muszą dojść same. Muszą dojrzeć.
Podobnie było z wiązaniem wiecznie potarganych włosów i zapinaniem spinek. Ponad 4,5 roku Kasia miała mocno artystyczną fryzurę. Pewnego dnia poprosiła minie o kucyk. W ostatni piątek stanęła przed lustrem, podniosła grzywkę do góry i stwierdziła: – mamo, wyglądam tak jak ty! Czy możesz mi przypiąć spinki.

Jestem dumna z naszej córki 🙂

o przytulaniu

Rozmowa z Gabi.

– mamo, boli mnie brzuszek
– gdzie? Pokaż. Pomasuję.
– mamo, plecki mnie bolą
– pomasować?
– taakk! – z uśmieszkiem na buźce 
po chwili…
– mamo, a teraz włoski mnie bolą…

Mały, cwany pieszczoch