czy to już manipulacja?

Dziewczyny zbierają ślimaki. To aktualnie ich ulubione zajęcie.
Mają plastikowy pojemnik, który wypełniają trawą, koniczyną, kawałkami jabłka i tym, co wedle ich uznania ślimaki lubią.
Kasia z czułością układa znalezione ślimaki i woła do mnie:
– zobacz mamo, jak ja o nie dbam, jak się nimi opiekuję, widzisz?! – upewnia się moja córka.
– Widzę Kasiu, to miłe, że troszczysz się o ślimaki.
– Mamo, ja tak samo będę troszczyła się o mojego malutkiego pieska!

Ja poradzić sobie z niegrzecznym dzieckiem?

…Akurat kiedy rozmawiałyśmy z psycholożką o tym jak ważne jest wzmacnianie pozytywne, po raz drugi już do pokoju weszła moja córka. Zdenerwowałam się.
— Dlaczego znów przychodzisz? Przecież i ja i pani psycholog prosiłyśmy cię, żebyś przyszła dopiero kiedy cię zawołamy. Czy naprawdę nie możesz przez chwilę grzecznie porysować i dać nam porozmawiać?
— Jest pani z siebie zadowolona? — spytała mnie psycholożka gdy córka wyszła w pokoju.
— Tak. Byłam kategoryczna i córka od razu o dziwo posłusznie wyszła.
— A moim zdaniem zachowała się pani nieodpowiednio.
— Jak to? Jak więc powinnam się zachować? Pozwolić jej tu być razem z nami, mimo że na początku poprosiłyśmy, żeby była w innym pomieszczeniu?
— Po pierwsze, należało zainteresować się dzieckiem i spytać co za rysunek trzyma w ręku. Zapewne narysowała go dla pani lub dla mnie. Należało ten rysunek wziąć i pięknie jej podziękować. Spojrzeć na to jak na miły gest dziecka, a nie zachowanie natręta. Następnie powiedzieć, że jest pani z niej dumna, że potrafiła przez pół godziny, tylko dwa razy do nas przyjść. Tak, tak, TYLKO dwa razy. A według pani przekazu było to AŻ dwa razy. Przecież to jest kilkuletnie dziecko, nie można oczekiwać od niego, że usiedzi długi czas w miejscu. Siedziało samo, rysowało, chciało pokazać nam co rysowało, wystarczyło docenić je, pochwalić, a ono pewnie na skrzydłach poszłoby rysować kolejny rysunek. Pani tymczasem zamknęła ją w klamrze niegrzecznego dziecka.
— Rzeczywiście… — zastanowiłam się. Jak łatwo jest spojrzeć na tę samą sytuację, na tego samego człowieka w zupełnie odmienny sposób. Jak łatwo przykleić dziecku etykietkę niegrzecznego.
— Niech pani spojrzy na swoje dziecko jako na grzeczne dziecko, niech zastosuje się pani do zasad, o których dziś rozmawiałyśmy i niech ich pani przestrzega, a gwarantuję, że problemy, o których mi dziś pani opowiadała: znikną. Jak nie, zapraszam do siebie.
 Cały tekst

takie poranki

Bardzo, bardzo wczesny poranek.

Gabrysia, pełna energii czerpanej z powietrza,  biega po przedpokoju udając różne zwierzęta. Wojtek schodzi z góry i mimo otwartych oczu i pozornej aktywności ruchowej, nadal śpi!
– tato! woła radośnie Gabi – będziesz zgadywał!
– co? co? – odpowiada jej nie do końca przytomny ojciec.
– nie co co, tylko zgaduj kto tak chodzi!

 

nauka ma być jak oddychanie!

W szkole Montessori nauka ma być jak oddychanie. „Nie można marnować dzieciństwa przez tradycyjne wychowanie”Nie ma tablicy ani ławek. Za to nauczyciele są na wyciągnięcie ręki, podążają za dzieckiem.
W 1998 roku dwóch amerykańskich studentów założyło firmę. Sergey Brin i Larry Page spotkali się na Uniwersytecie Stanforda, ale wcześniej obaj chodzili do szkół Montessori. To tam nauczono ich tego, by samodzielnie dochodzić do wyrażanych opinii. Firma, którą założyli, to Google. I właśnie od tej historii rozmowę o systemie Montessori zaczyna wielu nauczycieli i rodziców, którzy mieli z nim do czynienia. Bo kto nie chciałby, by podobną drogą poszły ich dzieci? Czy Google powstałby, gdyby nie włoska edukatorka i lekarka
z przełomu XIX i XX wieku Maria Montessori? Tego nie wiadomo. Pewne jest za to, że mimo upływu lat jej idee nie tracą na popularności, wręcz przeciwnie – na całym świecie powstają kolejne przedszkola i szkoły montessoriańskie. Dziś jest ich już ponad 20 tys. Moda na nie dotarła też do Polski.Rola skrawka czerwonego papieruOryginalny Casa dei Bambini, czyli Dom Dzieci, w którym Montessori po raz pierwszy wypróbowała swoje metody wychowawcze, powstał w 1907 roku w robotniczej rzymskiej dzielnicy San Lorenzo. Jej wizja edukacji narodziła się podobno w czasie spaceru, gdy na ulicy minęła kobietę trzymającą za rączkę dziecko Maluch w drugiej ręce trzymał pasek czerwonego papieru, na którym skupił całą swoją uwagę. I właśnie to dawało mu radość. Ten obrazek zwrócił uwagę Montessori na proces przyswajania umiejętności i wiedzy
o świecie. Uznała, że nie można marnować dzieciństwa przez tradycyjne wychowanie.Czym dziś wyróżniają się placówki zainspirowane włoską metodą?
Bazują na samodzielnym poznawaniu świata przez dzieci. Zakładają, że dziecko uczy się najefektywniej, gdy zajmuje się czymś, co je w danym momencie pasjonuje.
W tradycyjnej szkole pyta nauczyciela: „Co mam robić?”. I słyszy: „Przepisać temat z tablicy i zrobić z książki ćwiczenie siódme”. W szkołach Montessori nauczyciele pytają, ale uczeń powinien spróbować sam na stawiane pytania odpowiedzieć. Czasami znajduje odpowiedź po kilku chwilach, innym razem po kilku dniach. Nauczyciel nie stara się go popędzać w myśl zasady „podążaj za dzieckiem”. A każde dziecko na naukę danej rzeczy ma swój czas.

 

Podział na roczniki jest sztuczny

Widać to doskonale, gdy zajrzymy do klasy, gdzie w jednej sali równie dobrze mogą uczyć się i sześciolatki, i ośmiolatki. Montessori zakładała, że podział na roczniki jest sztuczny, a rozwój nie zawsze zależy od daty urodzenia. Dzięki mieszanym grupom uczniowie w różnym wieku mogą zarażać się pasjami, a starsi dopingują do uczenia się nowych rzeczy tych młodszych.

Tak było w przypadku Claire Mas, która uczyła się w szkole Montessori na południu Francji: – Przeskoczyłam klasę dzięki temu, że nauczyciele traktowali nas i program elastycznie. Pamiętam, jak któregoś dnia podeszłam do nauczycielki i powiedziałam, że jestem gotowa, by przejść do starszej grupy. Znałam dzieci z niej, miałam tam koleżanki
i kolegów. Nauczycielka pozwoliła mi na to, a potem przekonała moja mamę, że nie ma sensu, żeby mi tego odmawiać. Żeby ułatwić mi przejście do wyższej klasy, przyniesiono trochę zabawek i ćwiczeń dla młodszych uczniów. Udało się.

Clair nie jest w stanie dziś mi powiedzieć, czy gdy poszła do szkoły, już była niezależna, czy to właśnie ona to w niej wyzwoliła. – Pamiętam, że z jednej strony mogłam robić to, co chciałam, a z drugiej – to dawało poczucie odpowiedzialności już w młodym wieku.
Bo wolność wyboru to odpowiedzialność – tłumaczy. – Nigdy się nie nudziłam i nie czułam zmuszana. Nauczyłam się za to podejmowania decyzji, dążenia do celu.
W szkole dzieci były bardzo różne, niektóre miały niepełnosprawności. Ale nie przypominam sobie żadnego gnębienia czy dokuczania z tego powodu.

W tym porządku jest metoda

 
W Polsce takie klasy integracyjne działają m.in. w Międzynarodowym Centrum Montessori przy ul. Dzierzby w Warszawie. Dziś to żłobek, przedszkole i podstawówka, a wkrótce ruszy tam również gimnazjum. – Dzieci uczą się tolerancji nie przez to, że ktoś im mówi, na czym ona polega, ale dlatego, że jest dla nich naturalna – mówi Katarzyna Zwierzchowska, dyrektorka centrum. I wspomina wyjście na basen grupy najmłodszych uczniów. Jedno z dzieci z grupy ma autyzm, ale jego rówieśnikom to nie przeszkadza.
Na każdym kroku starają się mu pomóc. – Widziałam, jak do podenerwowanego kolegi kilkulatek mówi: „Popatrz teraz na mnie. Musisz teraz zrobić tak i tak, dzięki temu wszystko będzie dobrze” – opowiada. – Dzieci uczą się wzajemnie, bo dla nich nauka jest naturalnym procesem. W tradycyjnych szkołach zakłada się, że dzieci muszą mieć stopnie, punkty, gwiazdki, coś, co je zmotywuje. My tego nie potrzebujemy, bo wierzymy, że dzieci lubią się uczyć, są ciekawe świata i innych ludzi, a to jest dla nich coś naturalnego. Nauka jest jak oddychanie – tłumaczy.Takie podejście spodobało się Dorocie Zmarzlak z Warszawy, której dwie córki uczą się w klasach z systemem montessoriańskim. – Bardzo podoba mi się też ład, porządek, żeby nie powiedzieć – pewna ascetyczność tych placówek. W czasach przeładowania bodźcami, zabawkami, gadżetami takie czyste, uporządkowane miejsce bez zabawek, jedynie z pomocami Montessori, jest takim oddechem.

Dzieci się nie nudzą

Zmarzlak zapewnia, że nigdy od córek nie usłyszała: „Mamo, a u nas nie ma zabawek”. Starsza córka w tym systemie uczy się już osiem lat (zaczęła w przedszkolu, dziś kończy podstawówkę). – Niektórzy mogą myśleć, że to takie szkoły, gdzie dziecko robi, co chce. Ale po tych latach widzę, że to jedna z bardziej zdyscyplinowanych szkół, jakie znam. Granice są bardzo jasno wyznaczone, ale też dość szerokie i dzieci naprawdę mogą wybierać wiele aktywności. Dodatkowo to słynne „podążanie za dzieckiem”. Rzeczywiście daje przestrzeń na rozwijanie własnych zainteresowań – dodaje.

W Montessori rodzice na początku też muszą się wiele nauczyć. Joanna Maghen
z Polskiego Instytutu Montessori, która na co dzień szkoli nauczycieli, mówi:
– Rodzice chcą, by ich czterolatek był niezależny, ale kiedy niezależny jest dwunastolatek, mają z tym już pewne problemy. Obawiają się też utraty kontroli nad edukacją dziecka. Bywają zaniepokojeni, gdy okazuje się, że nauczyciel nie korzysta
z podręcznika. Muszą się też nauczyć, że pytanie: „Jak było w szkole?” nie ma większego sensu. Trzeba zadawać szczegółowe pytania.
Bo dziecko w naszym systemie może powiedzieć: „Niczego się dziś nie uczyliśmy”. Tylko że to będzie nieprawda. Ono po prostu nie zauważy, że w ogóle się uczyło, bo to, co robiło danego dnia, było dla niego zabawą.

Katarzyna Zwierzchowska, żeby ułatwić rodzicom ocenianie postępów w rozwoju dzieci, przygotowuje dla nich specjalne newslettery, gdzie opisuje, co się działo
w danym tygodniu.

– W tradycyjnej szkole usłyszałabym pewnie: „Pani córka ma problem z…”.
Ja słyszę: „To jest obszar do dalszego doskonalenia” – dodaje Zmarzlak.

Krytycy uważają, że to nic innego jak bezstresowe wychowanie, które nie może dobrze się skończyć.

Powrót do rzeczywistości

W Polsce wciąż działa raptem kilka gimnazjów w systemie montessoriańskim, dlatego dziś dla rodziców największym problemem jest powrót do rzeczywistości. Zmarzlak, której córka niedługo skończy podstawówkę, mówi: – Minusem jest to, że w systemie Montessori trudno jest przerobić program polskiej szkoły, a jeśli nie chcemy przejść później w tryb edukacji domowej, dziecko musi dostawać „normalne” świadectwa, a nie tylko montessoriańskie. Gdyby był w Warszawie cały ciąg szkół Montessori, od przedszkola do liceum, chętnie bym podstawę programową zignorowała. Ale takiego nie ma, więc przed nami, niestety, test szóstoklasisty i wybór „normalnego” gimnazjum – przyznaje.Joanna Maghen twierdzi jednak, że dzieci po Montessori odnajdują się dobrze
w normalnych szkołach, choć dla pracujących tam nauczycieli mogą być wyzwaniem. – Gdy moja córka poszła do tradycyjnego gimnazjum, jedną
z pierwszych rzeczy, które zrobiła, było podejście do nauczycielek z kanapkami. Uznała, że zje z nimi lunch, żeby lepiej się z nimi poznać. Były w szoku.Źródło: http://wyborcza.pl/1,75476,15601869,W_szkole_Montessori_nauka_ma_byc_jak_oddychanie.html